Subiektywny przewodnik po tym, po co (i z jaką ostrożnością) sięgnąć po „Co ze mną nie tak?” Joanny Flis

„Co ze mną nie tak? O życiu w dysfunkcyjnym domu, środowisku, w Polsce i o tym, jak sobie z tym (nie) radzimy” – Joanna Flis napisała książkę o dorosłych dzieciach z rodzin dysfunkcyjnych. Czyli o ludziach dorastających w latach 70., 80. i 90., którzy wyrośli w domach, gdzie zdrowy rozwój był z jakiegoś powodu niemożliwy. Na przykład przez uzależnienie, przemoc, chłód emocjonalny, niedojrzałość rodziców albo – o czym mówi się rzadziej – przez ich nadopiekuńczość. Osią całości jest autorska metafora koszyka potrzeb. Każde dziecko ma do zaspokojenia zestaw podstawowych potrzeb – bezpieczeństwa, własnej wartości, przynależności, autonomii, wyrażania uczuć i kilka innych – a wystarczająco dobre dzieciństwo buduje pod nimi solidne dno. Tam, gdzie potrzeba była regularnie unieważniana, dno zostaje dziurawe. Przez tę dziurę, przez całą dorosłość wypada wszystko, co wkładamy do koszyka. Stąd nienasycenie, które autorka stawia w centrum: można mieć pracę, związek i sukcesy, a mimo to czuć pustkę w tym jednym miejscu, którego nikt kiedyś nie napełnił.

Flis twierdzi, że dysfunkcja była pokoleniowa i środowiskowa. Dom działał w sprzężeniu z opresyjną szkołą, z Kościołem straszącym grzechem, z kulturą PRL-u i transformacji. W czasach, gdy powiedzenie „dzieci i ryby głosu nie mają” było zasadą wychowawczą. Książka jest diagnozą całego pokolenia, które w połowie życia, zaczyna rozumieć, co je ukształtowało.

Niniejszy tekst to moja subiektywna ocena, próba uczciwego rozłożenia książki na części i pokazania, po co czytelnik może po nią sięgnąć, a wobec czego warto zachować czujność. Piszę z określonego miejsca: należę do pokolenia, które ta książka opisuje (co również ma swój wkład w wagę, jaką nadaję tej książce). Niektóre fragmenty budziły konkretne reakcje – myśli w rodzaju „bardzo trafne, mocne”. Inne budziły pytanie „skąd to się wzięło i czemu służy?”.

Tekst jest długi, bo tej książki nie da się uczciwie ocenić w kilku zdaniach: trafna diagnoza jest w niej spleciona z receptą, a oddzielenie jednego od drugiego jest ważne zwłaszcza dla osób, które myślą o rozpoczęciu terapii.

Jedna książka, a jakby dwie

Książka składa się z dwóch części, które pełnią różne funkcje. Pierwsza opisuje: pokazuje mechanizmy, nazywa potrzeby, wyjaśnia, jak niezaspokojona potrzeba zamienia się w schemat, a schemat w problem dorosłego życia. Druga wskazuje kierunek: jakim człowiekiem warto się stać, żeby z tych schematów wyjść. Definiuje także dojrzałość.

Samo zestawienie diagnozy z propozycją jest naturalne; każdy poradnik jakąś propozycję musi złożyć. Trudność polega na tym, że obie części mówią tym samym tonem pewności, choć mają inny status. Opis mechanizmu można zweryfikować we własnym doświadczeniu: rozpoznaję go w sobie albo nie. Wizja dojrzałości jest wyborem wartości; można ją przyjąć albo odrzucić, ale nie da się jej sprawdzić w ten sam sposób. W sytuacji, gdy oba rodzaje twierdzeń podane są jednym głosem, czytelnik łatwo przenosi zaufanie z pierwszego na drugie. W dalszej części rozdzielam te dwie warstwy. Starałem się opisać, co w diagnozie jest wartościowe, potem przyglądam się temu, co w propozycji pochodzi z określonego światopoglądu i jak wpływa na odbiór całości.

Wartość diagnozy

Najmocniejszą stroną książki jest to, że daje język opisu doświadczeń, które wielu ludzi zna, ale nie umie ich nazwać. Autorka porządkuje ten obszar w sposób, który czytelnik może od razu przyłożyć do siebie. Metafora koszyka potrzeb jest prosta i jednocześnie trafna. Wyjaśnia dlaczego dorosłe zaspokojenie potrzeby nie znosi dawnego braku. Dziurawe dno tłumaczy nienasycenie lepiej niż długie wywody o mechanizmach obronnych. Ważne jest też rozróżnienie, które autorka wprowadza później: pracujemy nad zaopiekowaniem potrzeby, nie nad jej pełnym zaspokojeniem.

Druga istotna wartość to rozróżnienie między pojedynczym błędem a stałym brakiem. Flis nie uznaje każdego błędu wychowawczego za dysfunkcję. O dysfunkcji świadczy dopiero to, że dana potrzeba dziecka była niezaspokajana regularnie i przez długi czas. Osobno traktuje przemoc i nagłą traumę, gdzie wystarczy jedno zdarzenie.

Trzecia wartość, moim zdaniem najważniejsza dla pokolenia z lat 70., 80. i 90., to osadzenie dysfunkcji w kulturze. Dom działał w sprzężeniu ze szkołą, Kościołem, sąsiedztwem, realiami PRL-u i transformacji. Taka perspektywa odciąża od samooskarżania i od oskarżania rodziców. Pokazuje, że wielu dorosłych powielało to, co sami dostali, a normy krzywdzące dzieci były powszechnie akceptowane. Czytelnik może zobaczyć swoją historię jako część szerszego wzoru, co zmniejsza wstyd i poczucie osamotnienia.

Poza tym autorka rozbraja formuły, którymi często unieważniamy własne doświadczenie. „Inni mieli gorzej” lub „co cię nie zabije, to cię wzmocni” są w tej książce nazwane wprost jako mechanizmy blokujące uznanie straty. Podobnie opis niezdrowej lojalności, która każe nie widzieć i nie czuć tego, co niewygodne u bliskich. Dla wielu osób już samo nazwanie tych mechanizmów może otworzyć drogę do pracy. Poza tym – niezwykle ważne – autorka podkreśla wagę uznania własnych doświadczeń. Bez tego kroku nie ma szans na realną zmianę.

W kontekście dysfunkcji wymieniona jest także nadopiekuńczość oraz brak granic – mało popularne czynniki, choć ich skutki bywają równie trwałe.

Ta część książki jest niezwykle wartościowa – szczególnie dla osób z opisywanego pokolenia.

Przyjęty model człowieka

Każdy poradnik bazuje na jakimś modelu człowieka, nawet jeśli go nie deklaruje wprost. W tej książce rdzeniem jest model poznawczo-behawioralny. Doświadczenia z dzieciństwa autorka opisuje przede wszystkim językiem terapii schematów Jeffreya Younga: niezaspokojona potrzeba prowadzi do nieadaptacyjnego schematu, a ten do problemów w dorosłości. Uzupełnia to perspektywą konstruktywistyczną, czyli spojrzeniem na to, jak opowiadamy sobie własną historię, oraz odwołaniami do teorii przywiązania. Część rozmówców sięga wprost po model ABC z CBT.

Każdy poradnik bazuje na jakimś modelu człowieka, nawet jeśli go nie deklaruje wprost. W tej książce rdzeniem jest model poznawczo-behawioralny. Autorka operuje na terapii schematów i podejściu konstruktywistycznym, a wielu rozmówców wprost odwołuje się do modelu ABC z CBT, zgodnie z którym sytuacja uruchamia myśli, myśli wynikają z przekonań, przekonania wywołują emocje i zachowania. Zmiana polega więc na rozpoznaniu przekonań, ich podważeniu i dostarczeniu sobie korektywnych doświadczeń (w skrócie). Książka częściowo to równoważy, bo kilka rozmów dotyczy ciała, traumy i współczucia, a autorka sama przyznaje, że „wgląd nie leczy”. Szkielet pozostaje jednak poznawczy i to on wyznacza, co w człowieku uznaje się za zdrowe.

Na tym szkielecie zbudowana jest wizja dojrzałości bliska Frommowi. Mam na myśli przejście od „ja” do „my”, odpowiedzialność, znoszenie niepewności, rezygnacja z iluzji kontroli, zdolność do więzi. To spójna i obroniona w literaturze propozycja. Zauważam w niej jednak podtekst produktywności. Książka krytykuje pracoholizm i hasło „chcieć to móc”, ale dojrzałego dorosłego opisuje głównie przez to, co robi: działa, bierze odpowiedzialność, wnosi coś do relacji. Brakuje miejsca na wartość bierności, kontemplacji czy zwykłego bycia. Czas bez celu i bez zadania (tzw. „wolne przeloty”) jest dla mózgu równie ważny jak konkretne działanie; wtedy aktywuje się m.in. sieć stanu spoczynkowego (default mode network), związana z integracją doświadczeń i refleksją nad sobą.

Deficytem książki jest forma, w jakiej odnosi się do duchowości. Pojawia się ona w trzech jednostronnych ujęciach: jako katolicyzm będący źródłem wstydu i opresji; następnie jako pseudoszamanizm i magiczne myślenie będące przejawem niedojrzałości; i w końcu jako kolejny sposób tłumienia uczuć i szukania nowych ram. Nie ma w książce ujęcia, w którym doświadczenie duchowe byłoby możliwym źródłem sensu, zdrowia czy dojrzałości. Powstaje w ten sposób podział na dwie możliwości: albo opresyjna religia, albo naiwna ucieczka. Pominięcie obszaru dojrzałej wiary, w tym tradycji kontemplacyjnych powoduje, że znajdują się one poza definicją bycia „dojrzałym dorosłym”.

W książce o pokoleniu, które masowo odchodzi od Kościoła, choćby krótka refleksja na ten temat byłaby kontrapunktem zarówno dla Katolicyzmu, jak i dla spiritual bypassing, czyli używania duchowości do omijania trudnych emocji. Książka opisuje to zjawisko, choć nie używa tej nazwy. Pojęcie wprowadził John Welwood, psycholog związany z nurtem transpersonalnym, który sam traktował duchowość poważnie. Krytyka duchowej ucieczki powstała więc wewnątrz myślenia o duchowości i zakłada, że istnieje duchowość dojrzała. Książka przejmuje tę krytykę, ale bez tego założenia.

Definicja dojrzałości

Najpoważniejszy problem merytoryczny drugiej części książki dotyczy tego, jak definiuje się w niej dojrzałość. Na poziomie deklaracji dojrzałość jest cechą formalną: odpowiedzialność, znoszenie niepewności, zdolność do przyjęcia, że „to zależy”, myślenie o innych. W praktyce, zwłaszcza w rozmowie z Tomaszem Sobierajskim, dojrzałość zostaje powiązana z konkretnymi poglądami: z określonym stosunkiem do szczepień, z odrzuceniem teorii spiskowych, z zaufaniem do naukowego konsensusu, a nawet z tym, co się czyta i czy się głosuje. Tutaj rozróżnienie aż się prosi: dojrzałość opisuje sposób myślenia, a nie jego treść. Można być osobą odpowiedzialną, refleksyjną i otwartą na argumenty, niezależnie od tego, do jakich wniosków się dochodzi.

Przykładem są teorie spiskowe potraktowane jako jedna kategoria. Mieści się w niej zarówno płaska Ziemia, jak i uzasadniona nieufność wobec instytucji, które w przeszłości wprowadzały ludzi w błąd. Książka sama przyznaje, że niskie zaufanie społeczne ma w Polsce historyczne źródła, i traktuje je jako ranę pokoleniową. Jednocześnie zaufanie do instytucji stało się miarą dojrzałości. Te dwa stanowiska trudno pogodzić. Z mojej perspektywy zaufanie do nauki nie wymaga ślepej wiary. Wciąż zbyt mało wiemy i zbyt wielu rzeczy nie rozumiemy, a gotowość do przyznania tego jest częścią naukowej postawy. Granicę wyznacza szkoda: szarlataneria krzywdzi, obiecując to, czego nie może dać. To, że coś jest nam nieznane, nie czyni go jeszcze szarlatanerią.

Najbardziej widać to na przykładzie kambo. Sobierajski opisuje je przez obraz brudnego noża, brudnych rąk szamana, halucynacji i zakażenia. Kambo nie jest substancją psychodeliczną. To wydzielina żaby Phyllomedusa bicolor, zawierająca peptydy o opisanym działaniu, stosowana w określonym kontekście kulturowym i obarczona realnymi ryzykami, w tym zaburzeniami elektrolitowymi i obciążeniem układu krążenia. Ludzie sięgający po kambo zwykle robią to z realnej potrzeby uzdrowienia, podejmując świadomie trudne i wymagające doświadczenie, które dla wielu ma wymiar podróży bohatera. Rzetelny opis dałby mocniejsze podstawy do krytyki niż karykatura. W książce, która uczy przyjmowania odcieni szarości, taki fragment jest szczególnie niekonsekwentny. Mówiąc inaczej, autorzy nie spełniają własnego kryterium dojrzałości właśnie wtedy, gdy wytykają niedojrzałość innym.

Postrasz, potem daj rozwiązanie

Oceniając książkę, trzeba patrzeć nie tylko na treść poszczególnych części, ale też na kolejność, w jakiej czytelnik je dostaje. Pierwsza część otwiera: pokazuje dzieciństwo, którego czytelnik mógł dotąd nie nazywać, zestawia jego obecne trudności z dawnymi brakami i zostawia go z pytaniem z okładki: „co ze mną nie tak?”. To moment dużej podatności. Człowiek widzi siebie jako zranionego, jest poruszony, szuka kierunku. Właśnie w tym momencie książka podaje mu wizję tego, jakim ma być, żeby wyjść z tego zdrowo.

Taki układ jest znany z perswazji i reklamy: najpierw wzbudzić lęk lub poczucie braku, potem podać rozwiązanie. Nie zakładam, że Flis chciała manipulować, jednak zwracam uwagę na mechanizm, bo jego skutek jest ten sam. Przy lekturze miałem poczucie, że narzucany jest pewien model, co uważam za wadę.

Paradoks polega na tym, że im trafniejsza diagnoza, tym skuteczniej działa ten mechanizm. Czytelnik, który rozpoznał się w pierwszej części, obdarza autorkę zaufaniem. To zaufanie przenosi się potem na treści, które tworzą wizję dojrzałości. Wartość rozdziału pierwszego staje się w ten sposób dźwignią dla części, która mówi, jak żyć.

Sam schemat „opis problemu i propozycja wyjścia” jest w poradniku nieunikniony. Przekracza granicę, gdy spełnione są trzy warunki: rozwiązanie jest podane jako jedyne i oczywiste, zawiera przemycone treści światopoglądowe, a odbiorca znajduje się w stanie podatności wytworzonym przez samą książkę. W tym przypadku wszystkie trzy są spełnione. Gdyby autorka po diagnozie powiedziała wprost: „tak ja to widzę, inni widzą to inaczej, zdecyduj sam”, struktura pozostałaby ta sama, a problem by zniknął.

Trzy waluty jednej książki

Lubię stosować metaforę systemów walutowych. W książce funkcjonują równolegle trzy rodzaje twierdzeń i każde ma inną wartość oraz inny sposób sprawdzania.

Pierwsza waluta jest opisowo-kliniczna: mechanizmy, potrzeby, schematy, skutki traumy. To twierdzenia, które można porównać z wiedzą psychologiczną i z własnym doświadczeniem. Tu w mojej opinii książka jest bardzo mocna.

Druga waluta jest etyczno-normatywna: jaki człowiek jest dojrzały, co jest wartościowym życiem. To obszar sporu filozoficznego i nie ma w nim jednej rozstrzygającej odpowiedzi. Wizja dojrzałości bliska Frommowi jest w tym obszarze stanowiskiem uprawnionym, pod warunkiem że zostaje przedstawiona jako jedna z możliwych.

Trzecia waluta jest światopoglądowo-polityczna: stosunek do Kościoła, do polityki społecznej, do szczepień, do określonych grup i ruchów, do tego, co wypada czytać. Nie oceniam, czy poglądy autorów są słuszne. Zwracam uwagę na ich status: to przekonania, a nie ustalenia kliniczne.

Problem powstaje wtedy, gdy waluty się mieszają. Autorytet zbudowany na pierwszej, czyli na rzetelnej diagnozie, zostaje przemycony w trzeciej. Czytelnik, który zaufał opisowi swoich mechanizmów, dostaje w tym samym tonie i z tym samym ciężarem opinię o tym, co powinien myśleć o świecie. Nie widać, w którym miejscu kończy się wiedza, a zaczyna światopogląd, bo książka tego miejsca nie zaznacza.

Uczciwa konstrukcja nie wymagałaby rezygnacji z żadnej z tych walut. Wystarczyłoby je oznaczyć: „tu opisuję mechanizm”, „tu proponuję wartości”, „tu wyrażam własne poglądy”. Czytelnik mógłby wtedy przyjąć diagnozę bez przyjmowania recepty, natomiast receptę rozważyć bez poczucia, że jej odrzucenie oznacza odrzucenie wiedzy o sobie.

Aspekt etyczny

Wszystkie opisane wcześniej problemy nabierają innego wymiaru, jeśli odpowiemy sobie na pytanie na kogo działają. Książka z założenia trafia do ludzi, którzy zastanawiają się, czy ich dzieciństwo było wystarczająco dobre, i którzy po lekturze pierwszej części często widzą siebie jako zranionych. To czytelnik szczególnie wrażliwy na ocenę i na autorytet.

Autorytet jest w książce mocno wyeksponowany. Przy Sobierajskim pojawia się długa lista tytułów, funkcji i członkostw. Taka prezentacja ma swoje uzasadnienie, ale w połączeniu z kategorycznym tonem wypowiedzi działa jak sygnał „z tym głosem trudno dyskutować”. Dojrzałość zostaje w tej rozmowie zdefiniowana wybiórczo, a kto nie mieści się w definicji, trafia do grupy „zdziecinniałych dorosłych”. To język, który wyklucza.

Sprawdziłem ten mechanizm na sobie. Należę do pokolenia lat siedemdziesiątych i odnajduję w sobie część cech opisanych w pierwszej połowie książki. Jednocześnie cenię w sobie niektóre rzeczy, które druga połowa przedstawia jako przejaw niedojrzałości. W trakcie lektury pojawiło się pytanie z okładki: „co ze mną nie tak?”. Zauważyłem, jak łatwo książka to pytanie wywołuje (to nie zarzut) i w jakim kierunku popycha odpowiedź (to już zarzut).

Mechanizm opisuje sama książka w rozmowie z Joanną Chmurą. Wstyd rodzi się z lęku przed oceną, a pod nim leży lęk przed wykluczeniem. Ocena działa jak sygnał „jeśli nie będziesz taki, jak oczekujemy, znajdziesz się poza grupą”. Druga połowa książki ma potencjał, aby uruchamiać ten sam mechanizm wobec czytelników, którzy myślą inaczej niż autorzy.

Czytelnik z ukształtowanym światopoglądem prawdopodobnie zauważy, gdzie kończy się diagnoza, i weźmie z książki to, co wartościowe. Czytelnik, który dopiero szuka oparcia, może przyjąć równanie „dojrzały to ten, kto myśli jak autorzy” jako prawdę o sobie.

Werdykt

Moje zastrzeżenia wobec książki nie wynikają z tego, że autorzy mają inny światopogląd niż ja. Chodzi mi o to, że druga część ksiązki łamie reguły, które sama ustala.

Deklaruje, że syndrom DDD jest tylko punktem wyjścia i nie należy się do niego przywiązywać, a jednocześnie dostarcza katalog dziur, list objawów i przykładów dysfunkcji, w którym czytelnik rozpoznaje siebie punkt po punkcie. To forma bliska sennikowi egipskiemu, przed którym sama przestrzega. Demontuje dawny wzorzec (dzielne dziecko, matka Polka, posłuszny uczeń) i w jego miejsce wprowadza nowy, równie określony: dojrzały dorosły o wskazanych poglądach. Krytykuje normalizację, a jednocześnie normalizuje. Uczy, że dojrzałość polega na przyjmowaniu odcieni szarości, a w kluczowych miejscach sama posługuje się czernią i bielą.

Te zastrzeżenia nie odbierają wartości pierwszej części. Opis dysfunkcyjnego domu osadzonego w dysfunkcyjnym środowisku, metafora koszyka potrzeb, kryterium regularności, rozbrojenie formuł unieważniających własne doświadczenie – to rzeczy, które „mają moc”. Uważam, że sama ta część uzasadnia sięgnięcie po książkę.

Jeśli miałbym komuś tę książkę polecić, zrobiłbym to z jednym zaleceniem: czytać ją w dwóch trybach. Diagnozę sprawdzać we własnym doświadczeniu i brać z niej to, co się potwierdza. Receptę traktować jako propozycję autorki i jej rozmówców, jedną z wielu możliwych.

Przewijanie do góry