Na niektóre rodzaje smutku ciężko znaleźć nazwę. Są obecne od zawsze i w zasadzie traktowane są jako coś całkowicie normalnego. Przypominają o sobie, kiedy jesteśmy świadkami w jakiś sposób odmiennej sytuacji – przy obrazie cudzego dzieciństwa, przy widoku rodziny, która cieszy się własnym towarzystwem. Pojawiający się kontrast zwraca uwagę na coś, co chwilę później racjonalizujemy i ponownie odsuwamy od siebie – bo „nikt przecież nie umarł”, „to było tak dawno”, „nie jest tak źle, skoro dotąd dawałem radę, to dam radę jeszcze”. Funkcjonujemy w tego rodzaju dynamice.
Na moment chciałem nazwać ten rodzaj smutku żałobą. A dokładniej żałobą po tym, czego nigdy nie doświadczyliśmy. Na przykład po dzieciństwie, którego nie zaznaliśmy, po fizycznie obecnym i jednocześnie nieosiągalnym rodzicu, po wizji siebie, co do której tracimy nadzieję, żeby się wydarzyła. Pokażę, dlaczego ten rodzaj żalu rzadko jest uznawany kulturowo (i przez nas samych). A także co się dzieje, kiedy zostaje bez głosu, i jak może wyglądać praca, w której ten głos odzyskuje.
Żałoba bez śmierci
Żałoba to nie tylko stan związany ze śmiercią. Kulturowo przywykliśmy do tego skrótu: czarne ubranie, pogrzeb i klepsydra w gazecie. W rzeczywistości jest znacznie szerszą kategorią doświadczenia. Żałobą jest reakcja na każdą znaczącą stratę, niezależnie od tego, czy związana jest z faktyczną śmiercią. Można opłakiwać miejsce, do którego nie wrócimy; język, którym nikt już nie mówi; sprawność, której ciało nie odzyskuje; wizję siebie, która nie znajdzie spełnienia. Nawet zagubiony telefon, w którym toczyło się nasze cyfrowe życie. Stratę poznaje się po jej skutku – po wyrwie, jaką po sobie pozostawia.
Specyficzną odmianą tego doświadczenia jest żałoba po tym, czego nigdy nie było. Jest to strata bez wyraźnego momentu utraty, ponieważ ten punkt nigdy nie zaistniał. Za to istniała pustka, która nigdy nie była wypełniona. Ale ponieważ była od zawsze, to była normą i nie można jej było zauważyć, a tym bardziej nazwać. W tej kategorii straty można opłakiwać brak radosnego, bezpiecznego dzieciństwa; relacje, które mogłyby się wydarzyć, gdyby w przeszłości zaistniały inne warunki. Można także opłakiwać wizję siebie, czy potencjał, który nie miał szansy zamanifestować się. Ogólnie mówiąc, życie które miałoby szansę się wydarzyć lecz okazało się niedostępne.
Powyższe ma swoje nazwy w literaturze psychologicznej. Kenneth Doka mówi o „żałobie pozbawionej praw” (disenfranchised grief); chodzi o żal, którego społeczność nie uznaje – nieuznana zostaje relacja, w której wystąpiła strata, sama strata albo osoba, która ją przeżywa. Pauline Boss używa terminu „strata wieloznaczna” (ambiguous loss); czyli strata bez momentu, w którym można byłoby powiedzieć „coś się skończyło”. Francis Weller w The Wild Edge of Sorrow opisuje pięć bram żalu. Dwie z nich dotyczą bezpośrednio tego, co staram się opisać. Brama druga, którą określa jako „miejsca w nas, które nigdy nie zaznały miłości”, i brama czwarta, czyli „to, czego oczekiwaliśmy i nie otrzymaliśmy”. Zazwyczaj tych miejsc doświadczamy samotnie, bo społeczność rzadko w ogóle je widzi. W konsekwencji w pewnym sensie żyjemy oddzieleni od życia, uwięzieni w przeszłości – bez możliwości przeformułowania jej.
Bolesna i niewidoczna żałoba
Paradoks żałoby po niewydarzonym polega na tym, że ma na nas głęboki wpływ i jednocześnie często pozostaje nierozpoznana. Dotyczy czegoś, czego potrzebowaliśmy i nie dostaliśmy. Ta niezaspokojona potrzeba nieustannie, subtelnie (lub mniej subtelnie) podgryza nas. Jednocześnie – będąc niewidoczna – nie może być poprawnie zaadresowana. Na domiar złego, często kultura, jak również my sami dyskredytujemy, że to, co czujemy, ma prawo istnieć.
Żałoba w klasycznym rozumieniu posiada swoje rytuały. Na przykład pogrzeb, kondolencje, czy społecznie zarezerwowany czas żałoby. Bliscy i współpracownicy wiedzą, że jest to czas łagodniejszego traktowania. Dla żałoby po tym, czego nie doświadczyliśmy, nie ma społecznie przewidzianych rytuałów. Kulturowo nie ma pogrzebu dla niedostępnego dzieciństwa. Nie ma kondolencji za wizję siebie, która się nie wydarzy. Wsparcie społeczne mówiące „masz prawo czuć to, co czujesz” jest rzadkością. Jedynie my sami jesteśmy świadkami tego rodzaju żalu. Jest pewien cytat przypisywany C. G. Jungowi „The world will ask you, who you are, and if you don’t know, the world will tell you” (Świat zapyta cię, kim jesteś, a jeśli nie wiesz, to sam to za ciebie rozstrzygnie). Parafrazując w kontekście żałoby niewidzialnej społecznie, oznacza to konieczność stanięcia za sobą samym. Nawet jeśli nie wiemy, co dokładnie się (nie) wydarzyło, to podążanie za poczuciem, za intuicją jest formą zadbania o siebie i zawalczenia o własną przyszłość.
Jednak brak społecznego miejsca dla tego żalu często jest przez nas zinternalizowany. Jeffrey Kauffman, w tomie redagowanym przez Dokę, nazwał ten mechanizm self-disenfranchised grief – żałobą, której prawa do istnienia odmawia sobie sam żałobnik. Próbujemy wygłuszać żal tymi samymi formułami, które usłyszeliśmy od kultury: „inni mają gorzej”, „to było tak dawno, powinienem/am już dawno z tego wyrosnąć”, „powinieneś być wdzięczna/y za to, co masz”, „po co rozdrapywać przeszłość”, „nie jest tak źle”. Każde z tych zdań ma w sobie cień prawdy i każde z nich pełni ważną funkcję. Z jednej strony jest mechanizmem obronnym, który chroni nas przed świadomą konfrontacją z trudnym doświadczeniem. Z drugiej strony zatrzymuje nas w miejscu, z którego nie mamy szansy w pełni uznać straty. W ten sposób możliwe jest odtwarzanie tego samego scenariusza w nieskończoność – gdy ból doskwiera wystarczająco mocno, podejmujemy próby uporania się z nim. Następnie maleje i wracamy do pozycji wyjściowej. Ponownie zostajemy sami ze swoim bólem i z poczuciem utknięcia.
Do tego dochodzi specyfika sytuacji, w której to, czego brakuje, nigdy w pełni nie zostało doświadczone. Jak można tęsknić za czułością rodzica, nie mając doświadczenia takiej czułości? A jednak – zaskakujący mechanizm – ciało wie. Bessel van der Kolk w The Body Keeps the Score opisuje, jak pamięć cielesna wyprzedza pamięć narracyjną – organizm odnotowuje brak czułości, bezpieczeństwa, bycia widzianym – nawet jeśli świadomość nie umie tego nazwać. Gabor Maté pokazuje to samo z innej strony. Mówi o tym, że chroniczne napięcie, wyczerpanie, dolegliwości psychosomatyczne często niosą nieprzepracowany żal, który nigdy nie był świadomie zwerbalizowany.
Kiedy żal nie ma głosu
Żałoba, której nie wpuszczono ani do społecznego, ani do prywatnego języka przesuwa się z poziomu, na którym mogłaby zostać nazwana, na poziom, na którym jest tylko przeżywana – bez świadomości źródła.
Najczęściej widoczna jest warstwa somatyczna. Bessel van der Kolk pokazuje, że ciało rejestruje to, czego umysł nie zdążył zwerbalizować i utrzymuje te informacje w bardzo konkretnych miejscach: chroniczne napięcie szczęki, karku, przepony; spłycony albo wstrzymywany oddech; sen, który nie regeneruje; reakcja wzdrygnięcia na bodźce, które obiektywnie nie są zagrożeniem. Wzorzec utrzymuje się latami, niezależnie od tego, co dzieje się aktualnie w życiu. Gabor Maté idzie dalej. W When the Body Says No przedstawia materiał kliniczny pokazujący, jak chronicznie tłumione emocje (w szczególności żal i tłumiony gniew) uczestniczą w powstawaniu chorób autoimmunologicznych, zaburzeń jelitowych, problemów kardiologicznych. Teza Maté’go jest mocna i bywa krytykowana za to, że niedostatecznie odróżnia korelację od przyczynowości. Jednak wyłaniająca się z tej teorii esencja unaocznia, że tłumiony żal jest jednym z czynników, które dokładają się do tego, co dzieje się z ciałem. Od strony codziennego doświadczenia obraz jest często prozaiczny – możemy obserwować spadek energii bez wyraźnego powodu, drażliwość, przytłumiony nastrój, trudność w odczuwaniu przyjemności, perfekcjonizm. Każdy z tych objawów ma swoje samodzielne wytłumaczenia w psychiatrii i medycynie somatycznej, więc nie da się jednoznacznie przypisać powyższych czynników nieprzeżytej stracie. Mając to na uwadze, warto każdorazowo zweryfikować hipotezę żałoby.
Warto zaznaczyć, że van der Kolk jest najczęściej kojarzony jest z badaniami nad traumą. Jednak jego praca konsekwentnie wykracza poza pojedynczy uraz w stronę tego, co sam określa jako developmental trauma (chroniczne, relacyjne deficyty wczesnego okresu życia, w których istotne nie jest to, co się wydarzyło, ale to, co się nie wydarzyło). W swojej książce The Body Keeps the Score poświęca temu osobny rozdział o przywiązaniu i dostrojeniu, a przez lata zabiegał o włączenie kategorii Developmental Trauma Disorder do klasyfikacji DSM. Argumentował, że klasyczne kryteria PTSD nie obejmują skumulowanego wpływu emocjonalnego zaniedbania. Ten wątek jego pracy bezpośrednio łączy się z żałobą po niewydarzonym: układ nerwowy nie odróżnia „krzywdy, która się wydarzyła” od „regulacji, której zabrakło”. Oba doświadczenia zostawiają w ciele podobny ślad, nawet jeśli świadomość nie ma do czego się odwołać, bo brak był od zawsze normą.
Drugą warstwą jest fasada. Donald Winnicott opisał ten mechanizm jako false self – strukturę osobowości, którą dziecko buduje, kiedy otoczenie nie umie pomieścić jego rzeczywistych emocji. Pokazuje to, co akceptowalne, i wycofuje to, co nie (dobrym odniesieniem jest koncepcja ‘conditions of worth’ Carla Rogersa). Nieakceptowane chowa na tyle głęboko, aby samemu stracić do niej dostęp. Dorosły z dobrze ułożonym fałszywym self bywa kompetentny, lubiany, zaradny, a jednocześnie odcięty od własnych potrzeb, od ciała, i od ludzi, których ma blisko.
Trzecia warstwa to relacje. John Bowlby i następnie Mary Ainsworth w ramach badań nad przywiązaniem opisali wzorce, w których dziecko doświadczające emocjonalnej niedostępności opiekuna uczy się minimalizować potrzebę bliskości. W dorosłości manifestuje się to deficytami związanymi z tworzeniem relacji. Na przykład może to być wzorzec unikający: stabilne, uprzejme, często udane relacje, w których pozostaje się jednak osobno. Występuje w nich pragnienie bliskości, tak samo jak lęk przed nią. Tego rodzaju konflikt może towarzyszyć przez całe życie. Podany wzorzec jest tu najbardziej typowym scenariuszem, choć nie jedynym.
Kiedy żal zaczyna mieć głos
Praca terapeutyczna rozpoczyna się od nazwania i legitymizacji doświadczenia – to, co klient nosi w sobie jest żałobą, że owa żałoba jest prawdziwa, że ma prawo do istnienia. Większość osób z tym rodzajem żalu słyszy to po raz pierwszy w życiu.
Drugim wątkiem jest zmiana założenia o celu. Pauline Boss w The Myth of Closure pokazuje, że w stratach wieloznacznych pojęcie „domknięcia” jest mitem. Domknięcie zakłada moment startu – coś, co się zaczęło i teraz może zostać zamknięte. W żałobie po niewydarzonym takiego momentu nigdy nie było; brak istniał od zawsze, więc nie ma czego zamykać. Cel pracy przesuwa się więc z usuwania żalu na uczenie się, jak nosić go świadomie, bez wstydu i bez wewnętrznej presji w stylu „już dawno powinno przejść”.
Tu warto zaznaczyć granicę kliniczną. Opłakiwanie ma swój czas, a w przypadku strat istotnych jest koniecznością. Kiedy jednak żałoba paraliżuje funkcjonowanie przez lata, prawdopodobnie pracuje obok niej coś jeszcze: niedokończona więź, wina, klinicznie nasilona depresja. Współczesne klasyfikacje (ICD-11 i DSM-5-TR) wyodrębniają to jako przedłużone zaburzenie żałoby (prolonged grief disorder). Wtedy potrzebne jest podejście inne albo uzupełniające. Czasem łączy się pracę psychoterapeutyczną z konsultacją psychiatryczną.
W typowej pracy z żałobą po niewydarzonym powracamy do kilku miejsc. Pierwsza rzecz, to pozwolenie sobie na tęsknotę za czymś, czego się nie miało, bez wewnętrznego upomnienia, że „nie powinno się tęsknić za fikcją”. Druga sprawa to uznanie, że przeszłość jest niezmienialna i że to, czego zabrakło, już się nie wydarzy. Idealnie pasuje tu powiedzenie Irvina Yaloma „Sometimes I simply remind patients that sooner or later they will have to relinquish the goal of having a better past” (czasem po prostu przypominam pacjentom, że prędzej czy później będą musieli wyrzec się nadziei na lepszą przeszłość, tłum. własne). Dotarcie do miejsca, w którym ta informacja może zostać przyjęta, poprzedzone jest zazwyczaj procesem terapeutycznym. Po trzecie, powolne rozluźnianie fasady, sprawdzanie, co stoi za zaradnym, lubianym, kompetentnym „ja”, które Winnicott opisał jako fałszywe self. I w końcu po czwarte, pytanie o teraźniejszość: co jest moim życiem teraz, kiedy brak przestaje być jedyną osią, wokół której to życie się organizuje.
Częstym celem, z którym ludzie wchodzą do tej pracy, jest potrzeba wybaczenia. Tu warto rozdzielić dwie sprawy, które kultura często łączy w jedną. Akceptacja rzeczywistości polega na tym, że uznajemy, co się wydarzyło albo nie wydarzyło, i „odkładamy” związany z tym ciężar. Wybaczenie jest aktem dotyczącym tego, kto zawinił – jest relacją z konkretną osobą lub instytucją. Ważne jest, aby zauważyć, że da się zaakceptować rzeczywistość bez potrzeby wybaczenia. Popularne nurty pokroju radykalnego wybaczania Colina Tippinga proponują wybaczanie jako akt wewnętrznego rozwoju, niezależny od czyjegokolwiek zachowania. Części osób to pomaga, części nie. Krytycy, w tym terapeuci pracujący z traumą, zwracają uwagę, że narzucone wybaczanie bywa formą duchowego ominięcia.
Termin „duchowe ominięcie” (spiritual bypassing) wprowadził John Welwood. Opisał nim sytuacje, w których rozwój osobisty, duchowość albo „praca nad sobą” stają się formą ucieczki – sposobem na ominięcie tego, co naprawdę wymaga uwagi. Żal zostaje wtedy przykryty pozytywnym myśleniem, afirmacjami, praktykami i formułami duchowymi, aby następnie wrócić (czasem z impetem) bo po raz kolejny nikt go nie wysłuchał. W tantrycznym nurcie buddyzmu (Wadżrajana, znana najlepiej w odmianie tybetańskiej) praktykujący wizualizuje siebie jako oświeconą istotę. Z czasem utożsamienie ma przestać być wizualizacją i stać się jego doświadczeniem. Nie mnie oceniać duchowe tradycje. Myślę jedynie, że w kontekście pracy nad sobą potrzebne jest zachowanie balansu – drogi środka. Praca duchowa może wspierać procesy psychologicznego wzrostu i może je również utrudniać, czy wręcz uniemożliwiać. Ważne jest uświadomienie sobie i zweryfikowanie stojącej za tym osobistej motywacji.
Rolą psychoterapeuty w pracy z żałobą jest w dużej mierze bycie świadkiem. Kimś, kto widzi to, co osoba przeżywa, nazywa i towarzyszy bez narzucania tempa, etapów ani „prawidłowej” trajektorii. Tempo raczej nigdy nie bywa liniowe. Możliwe są miesiące stagnacji, po których nagle coś się rusza, i odwrotnie.
Po co w ogóle ta praca
Skoro przeszłość zostaje, jaka była, a tego, czego zabrakło, nie da się dostarczyć z opóźnieniem – po co właściwie inwestować czas, energię i pieniądze w tego rodzaju pracę? Można sformułować to ostrzej: czy to nie jest grzebanie się w czymś, czego i tak zmienić nie sposób?
Odpowiedź zaczyna się od rachunku kosztów. Jak napisałem wcześniej, żałoba bez głosu pracuje przez ciało, nastrój, relacje, sposób bycia w świecie. Kiedy zostaje uznana i nazwana, jej intensywność pod podszewką spada. Wtedy energia, która szła na trzymanie jej poza świadomością, zostaje uwolniona na inne rzeczy. To najbardziej obserwowalny efekt.
Drugim efektem jest zmiana relacji z brakiem. Pauline Boss używa do tego sformułowania learning to live with – uczenie się życia z czymś, czego nie da się rozwiązać. Brak pozostaje, niemniej przestaje być osią, wokół której organizuje się codzienność. Stan „mam to za sobą” w tej pracy nie powstaje, bo nie ma czego mieć za sobą. Powstaje za to inny stan: wiem, co noszę, i nie muszę tego ukrywać przed sobą. To daje dużo wewnętrznego luzu.
Trzecim efektem (i tu należy być ostrożnym z obietnicami) bywa pewna zmiana w relacjach z innymi. Jeśli dystans do bliskich był utrzymywany dlatego, że bliskość mogłaby zaboleć tak, jak raz już zabolała, jego rozluźnienie zwykle następuje powoli, czasem niepełnie, i nie zawsze. Wzorce przywiązaniowe mogą być trwalsze, niż się wydawało. Da się je naruszać, da się w nich pracować. Oczekiwanie rozmiękczenia starych schematów jest realistyczne, ale pełne wyciszenie lęku nie jest standardem.
Granice tej pracy są twarde i warto o nich powiedzieć wprost. Przeszłość zawsze pozostanie niezmienna. Doświadczenia (na przykład braku czułości) nie da się dostarczyć retrospektywnie. Strata pozostaje stratą, niemniej pojawia się coś istotnego. Mamy dostęp do teraźniejszości jako do czegoś własnego, niezależnego od tego, czego zabrakło. Posiadamy świadomość tego, co się nosi, bez wymogu ukrywania tego przed sobą. To uwalnia dużo energii, która latami szła na podtrzymywanie ciszy wokół żalu. Tylko tyle lub aż tyle.
Tropy do dalszej eksploracji
Boss, P. (1999). Ambiguous Loss: Learning to Live with Unresolved Grief. Harvard University Press.
Boss, P. (2021). The Myth of Closure: Ambiguous Loss in a Time of Pandemic and Change. W. W. Norton.
Bowlby, J. (1969/1982). Attachment and Loss, Vol. 1: Attachment. Basic Books.
[wyd. polskie: Przywiązanie, Wydawnictwo Naukowe PWN, 2007]
Doka, K. J. (red.) (1989). Disenfranchised Grief: Recognizing Hidden Sorrow. Lexington Books.
Doka, K. J. (red.) (2002). Disenfranchised Grief: New Directions, Challenges, and Strategies for Practice. Research Press.
Kauffman, J. (2002). The Psychology of Disenfranchised Grief: Liberation, Shame, and Self-Disenfranchised Grief. W: K. J. Doka (red.), Disenfranchised Grief: New Directions, Challenges, and Strategies for Practice (s. 61–77). Research Press.
Main, M., & Solomon, J. (1990). Procedures for identifying infants as disorganized/disoriented during the Ainsworth Strange Situation. W: M. T. Greenberg, D. Cicchetti & E. M. Cummings (red.), Attachment in the preschool years: Theory, research, and intervention (s. 121–160). University of Chicago Press.
Maté, G. (2003). When the Body Says No: The Cost of Hidden Stress. Knopf Canada.
[wyd. polskie: Kiedy ciało mówi nie, Wydawnictwo Czarna Owca]
Maté, G. (2022). The Myth of Normal: Trauma, Illness, and Healing in a Toxic Culture. Avery.
[wyd. polskie: Mit normalności, Wydawnictwo Czarna Owca]
Miller, A. (1979). Das Drama des begabten Kindes. Suhrkamp.
[wyd. polskie: Dramat udanego dziecka, Media Rodzina]
Tipping, C. (1997). Radical Forgiveness: A Revolutionary Five-Stage Process to Heal Relationships, Let Go of Anger and Blame, Find Peace in Any Situation. Sounds True.
[wyd. polskie: Radykalne wybaczanie, Wydawnictwo Medium]
van der Kolk, B. (2014). The Body Keeps the Score: Brain, Mind, and Body in the Healing of Trauma. Viking.
[wyd. polskie: Strach ucieleśniony. Jak leczyć traumę, Wydawnictwo Czarna Owca]
Weller, F. (2015). The Wild Edge of Sorrow: Rituals of Renewal and the Sacred Work of Grief. North Atlantic Books.
[wyd. polskie: Dzikie bezdroża smutku. Rytuały odnowy i święte oddziaływanie żalu, Wydawnictwo Czarna Owca]
Welwood, J. (2000). Toward a Psychology of Awakening: Buddhism, Psychotherapy, and the Path of Personal and Spiritual Transformation. Shambhala.
Winnicott, D. W. (1965). The Maturational Processes and the Facilitating Environment. Hogarth Press.
[wyd. polskie: Procesy dojrzewania i sprzyjające środowisko. Badania nad teorią rozwoju emocjonalnego, Wydawnictwo Imago]